Wpisywanie słów kluczowych niezwiązanych z treścią strony ; wrzucanie linków niewidocznych dla czytelników (na przykład w kolorze tła) ; tworzenie merytorycznie jednakowych bądź bliźniaczo podobnych stron ; wrzucanie na nie tylko linków bez żadnej tematyki to tylko jedne z niewielu praktyk, które stosują spamujący webmasterzy. Wiadomo, że każdy twórca strony chce uzyskać jak największą oglądalność, ale dzięki tak nieprzyjemnym działaniom internet zapełnia się różnego rodzaju „śmieciami” które nikomu do niczego nie są potrzebne. Dlatego dla własnej „przyjemności” korzystania z tego tak przydatnego medium jakim jest internet powinniśmy reagować. Zastanawiając się nad całą strukturą tego procederu można dojść do wniosku: „Skoro inni mogą działać w taki sposób i przynosi im to wymierne korzyści, to dlaczego ja mam nie spróbować?”. Odpowiedź jest prosta, owe „wymierne korzyści”, które śmieciarz-webmaster (dobitne, ale potrzebne sformułowanie) osiąga są krótko terminowe. Gdy tylko Google bądź inna wyszukiwarka dowie się o jego praktykach interweniuje w niewyszukany, ale skuteczny sposób. Spektrum kar rozciąga się od obniżenia pozycji w wyszukiwaniu, przez wyrzucenie z pierwszej dziesiątki wyników, po niemalże permanentnego bana. Tutaj przychodzi kolejna refleksja: „Skoro internet ma być „oazą wolności” to dlaczego mają istnieć tak restrykcyjne prawa?” Nikt nie chce zamykać ust komukolwiek (przynajmniej na razie), chodzi o odpowiednią, dojrzałą zawartość. Oczywiście, wolność jest także dla tego, kto chce roztaczać aurę głupoty. Chodzi o to, by robił to w sposób moralnie poprawny i nie narzucający się. Dlatego zanim wprowadzimy nieetyczne zasady pozycjonowania i optymalizowania do własnego spektrum działań zastanówmy się czy warto. Odpowiedź jest prosta, ale namysł zostawmy już każdemu z osobna.